Tak więc dwa pierwsze dni w nowej pracuni mam już za sobą. Ta sama firma, ten sam biurowiec, to samo piętro, ta sama kantyna, te same twarze... W tych okolicznościach aż ciężko uwierzyć jak duża jest to dla mnie zmiana mentalna. Te same pomieszczenia w jednym momencie nabrały zupełnie innych kolorów. Świeższych. Nie mogę powiedzieć, że poprzednia praca (czytaj - poprzedni manager) była jakoś specjalnie katorżnicza. Wręcz przeciwnie - miałem tam ugruntowaną pozycję, doskonale znałem swoje obowiązki i wiedziałem czego się ode mnie oczekuje. Jednak dopiero taka zmiana pozwoliła nabrać odpowiedniego dystansu, który z kolei pozwolił mi ocenić przeszłość w porównaniu z teraźniejszością. To była doskonała decyzja (zmiana pracy). Bez cienia wątpliwości - po dwóch dniach w nowym miejscu mogę z czystym sumieniem tak stwierdzić. Zapomniałem już jakie to uczucie być traktowanym poważnie. Jak to jest, kiedy oczekuje się ode mnie kreatywnej pracy w zakresie odpowiedzialności odpowiadającym stanowisku na wizytówce. Jak to jest być obdarzonym zaufaniem przez szefa i kolegów z pracy. Do tego dochodzi zupełnie inne postrzeganie przez moich nowych szefów kultury korporacyjnej (to już chyba początki indoktrynacji) i tego jakim zapleczem i wsparciem powinna być korporacja dla pracowników. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że równocześnie są to narzędzia zniewolenia emocjonalnego, ale za to jakie miłe ;) No i cały czas porównuję moją obecną sytuację do tej sprzed kilku jeszcze dni. Tak z pozoru nieistotna zmiana, a jak jednak duża...
Tak więc na początek - sprzedałem ostatecznie duszę firmie z nadgryzionym jabłuszkiem w logo.
Niewykluczone też, że niebawem czeka mnie tygodniowa wycieczka... O przepraszam!! Wyjazd służbowy do Seattle. Dla drzemiącego we mnie potwora korporacyjnego nie może być lepszej pożywki. Urósł już do tego stopnia, że założyłem korporacyjnego bloga, gdzie mam już trzy korporacyjne wpisy. Ostatni z nich (najobszerniejszy jak do tej pory) spłodziłem dziś (sic!) I to do tego w języku lengłidż... Nie ma złudzeń - wsiąkam po uszy! A tak bardziej na serio - muszę postarać się przeanalizować obecną sytuację, żeby zapamiętać co sprawiło, że znów tak bardzo chce mi się pracować. Fajnie by było odświeżyć sobie to uczucie, kiedy nadejdzie marazm. A że nadejdzie - nie mam wątpliwości ;)
Z pozostałych aktualności - Ewa zdecydowała się dziś na rozwinięcie kolejnych umiejętności twórczych. Tak na poważnie. Z zaangażowaniem, ale też i bez ciśnienia. Ogromnie się z tego cieszę i z radością zrobię więcej niż trzymanie kciuków, żeby ją wesprzeć w nowym przedsięwzięciu. Nie chcę za dużo zdradzać, bo to nie ten blog, ale jak dobrze pójdzie Ewa wróci do szkoły ;)
I na sam koniec - w kwestii zapuszczania korzonków ostatnio na tapecie jest Asker. Trzeba by wreszcie na jakiś visning się wybrać...
Małe Post Scriptum - przeglądałem właśnie starsze wpisy i trafiłem na ten, w którym wspominam jak ważny jest sen. Otóż ostatnio polskie i norweskie serwisy internetowe opublikowały artykuły opisujące wyniki badań, które to dowodzą iż potrzeba ośmiogodzinnego snu to wroga propaganda. Najnowsze badania dowodzą bowiem, że wydajniejszy model snu to 4 godziny + 2 godziny aktywności + kolejne 4 godziny snu. Opisy ludzi funkcjonujących w ten sposób można ponoć spotkać w literaturze sprzed wielu lat, także nie jest to wymysł naukowców XXI wieku. Muszę powiedzieć, że zdarza mi się często budzić po 4 godzinach snu. Zazwyczaj próbuję wtedy na siłę usnąć i niejednokrotnie kończyło się to dwugodzinnym przekręcaniem się z boku na bok. Następnym razem muszę spróbować się na te dwie godzinki 'zaktywizować'. Ot taka dygresyjka...
Viser innlegg med etiketten dygresje. Vis alle innlegg
Viser innlegg med etiketten dygresje. Vis alle innlegg
søndag 4. mars 2012
Pierwsze wrażenia
Etiketter:
artscrafts,
banał,
downshifting,
dygresje,
Dzienniczek - ku pamięci
Plassering:
Oslo, Norge
søndag 29. januar 2012
Najazd Barbarzyńców
I znów okazało się, że rzeczywistość bywa dużo łagodniejsza niż wyobrażenia o niej. Oto bez większych bólów i męk udało mi się przeżyć 7 dni podejmując gości. I to nie byle jakich - bo teściów w samej osobie! Siedem dni! Wieczność!
Zaczęlo się średnio przyjemnie. Odrobiłem wcześniej 3 godziny w pracuni, więc mogłem urwać się w poniedziałek w samo południe. Dojechałem na lotnisko około pół godziny przed planowanym lądowaniem, także chwilkę poczekałem na hali przylotów. Ostatnio czuję sie nienajgorzej, także zaskoczyło mnie, że nagle zacząłem słyszeć głosy szepczące w mojej głowie... Zdziwienie tym większe, że szeptały najprawdopodobniej po angielsku (?!?) Nerwowo, acz dyskretnie zacząłem się rozglądać wokół siebie i na szczęście odkryłem, że stoję w jakiejś podejrzanej strefie oznaczonej kółkiem, nad którą jest kierunkowy głośnik będący najprawdopodobniej źródłem tychże głosów... Doczytałem właśnie, że jest to część instalacji dźwiękowo wizualnej "Sound Shower" autorstwa niejakiej Anna Karin Rynander. Coś, co w założeniach ma odstresowywać, na mnie podziałało wręcz odwrotnie ;) Muszę powiedzieć, że czułem się przynajmniej nieswojo słysząc szepczący w mojej głowie przekaz godny samego Kuato: "Open your mind... you can fly...". Więcej o instalacji tu a fragmenty przekazów podprogowych tu ;).
Teściowie wylądowali cali i zdrowi o czasie. Tak się złożyło, że akurat tego samego dnia bodajże internetowy Aftenposten umieścił artykuł opisujący różnice w cenach kursów z Oslo na lotnisko taksówek różnych korporacji. Zryczaltowana cena wahać się może od 500 do 800 koron, także warto się przyjrzeć do jakiej taksówki się wsiada. Zapamiętałem, że jedną z najdroższych korporacji jest Christiania i bogatszy o tą wiedzę bez wahania wpakowałem nas do City Taxi. I tu okazało się, że jak wsiadasz w taksówkę bez zamówienia jest przez telefon, stała opłata nie obowiązuje i jedzie się klasycznie - na licznik. Trochę się zmarszczyłem, ale że nie należę do klientów awanturujących się, zagryzłem zęby i zgodziłem się na 1000 noków, czyli od 500 do 200 więcej, niż zakładałem... No trudno - oby moje doświadczenie posłużyło innym za lekcję... ;)
Swoją drogą początek roku daje mi finansowe żółte kartki - najpierw nieoczekiwany zwrot zwrotu podatku, teraz przepłacony kurs taksówką... hmmm.. dobrze, że przynajmniej w porę doczytałem o zapadających się domach na Munkebekken (na marginesie marginesu - dom został sprzedany w kilka dni po visningu...).
Z reguły podchodzę z pokorą do życia, więc po tak oczywistych sygnałach dałem sobie na wstrzymanie i zredukowałem bieg. Opłaciło się. Goszczenie teściów upłyneło we wręcz sielskiej atmosferze. Teściu momentalnie zyskał sobie przychylność Wandy, a po kilku popisach teściowej w kuchni dostałem maila od właścicielki mieszkania z prośbą o wymianę filtra w wyciągu, bo sąsiad z góry skarży się na zapachy ;) Było smacznie i wesoło, a przede wszystkim Ewa miała wreszcie szansę odetchnąć. Miło było tym bardziej, że wbrew obawom nie było nacisków na chrzest i tym podobne tematy. Jednym słowem - miód z boczkiem! (a precyzując - półtorak z wędliną domowej roboty).
Do tego pobiłem chyba wszelkie rekordy snu. W łóżku byłiśmy już z dziewczynami zaraz po dwudziestej, także uwzględniająch chwilę lektury - spałem już od dziewiątej (!). Co prawda zdarzało mi się budzić w środku nocy na godzinę, lub dwie, ale przepisowe 8 godzin snu miałem wyrobione.
Nie wiadomo kiedy przyszedł weekend. W sobotę narty na Sognsvann. Zimniej niż w zeszlym tygodniu, bo bez słońca, ale mieszanka 2 warstw niebieskiego z dwoma fioletowego okazała się co najmniej trafiona! ;) Przynajmniej odrobiłem część pierogów i ptasiego mleczka...
No i chyba będzie kontrakt. Cieszę się, bo zainteresowanie wykazała dość przyzwoita wytwórnia. Jest tylko jedno 'ale' - spytali, czy jesteśmy bardzo przywiązani do nazwy... No cóż... muszę przyznać, że od samego początku mieliśmy z tego tytułu problemy i nieporozumienia, a po filmach Jacksona wszystko co związane jest z Władcą Pierścieni trąci mega kliszą, także chyba najwyższy czas, aby po dwudziestu latach rozpocząć wreszcie nowy rozdział...
Zaczęlo się średnio przyjemnie. Odrobiłem wcześniej 3 godziny w pracuni, więc mogłem urwać się w poniedziałek w samo południe. Dojechałem na lotnisko około pół godziny przed planowanym lądowaniem, także chwilkę poczekałem na hali przylotów. Ostatnio czuję sie nienajgorzej, także zaskoczyło mnie, że nagle zacząłem słyszeć głosy szepczące w mojej głowie... Zdziwienie tym większe, że szeptały najprawdopodobniej po angielsku (?!?) Nerwowo, acz dyskretnie zacząłem się rozglądać wokół siebie i na szczęście odkryłem, że stoję w jakiejś podejrzanej strefie oznaczonej kółkiem, nad którą jest kierunkowy głośnik będący najprawdopodobniej źródłem tychże głosów... Doczytałem właśnie, że jest to część instalacji dźwiękowo wizualnej "Sound Shower" autorstwa niejakiej Anna Karin Rynander. Coś, co w założeniach ma odstresowywać, na mnie podziałało wręcz odwrotnie ;) Muszę powiedzieć, że czułem się przynajmniej nieswojo słysząc szepczący w mojej głowie przekaz godny samego Kuato: "Open your mind... you can fly...". Więcej o instalacji tu a fragmenty przekazów podprogowych tu ;).
| Zdjęcie ze strony lotniska w Oslo: http://www.osl.no |
Swoją drogą początek roku daje mi finansowe żółte kartki - najpierw nieoczekiwany zwrot zwrotu podatku, teraz przepłacony kurs taksówką... hmmm.. dobrze, że przynajmniej w porę doczytałem o zapadających się domach na Munkebekken (na marginesie marginesu - dom został sprzedany w kilka dni po visningu...).
Z reguły podchodzę z pokorą do życia, więc po tak oczywistych sygnałach dałem sobie na wstrzymanie i zredukowałem bieg. Opłaciło się. Goszczenie teściów upłyneło we wręcz sielskiej atmosferze. Teściu momentalnie zyskał sobie przychylność Wandy, a po kilku popisach teściowej w kuchni dostałem maila od właścicielki mieszkania z prośbą o wymianę filtra w wyciągu, bo sąsiad z góry skarży się na zapachy ;) Było smacznie i wesoło, a przede wszystkim Ewa miała wreszcie szansę odetchnąć. Miło było tym bardziej, że wbrew obawom nie było nacisków na chrzest i tym podobne tematy. Jednym słowem - miód z boczkiem! (a precyzując - półtorak z wędliną domowej roboty).
Do tego pobiłem chyba wszelkie rekordy snu. W łóżku byłiśmy już z dziewczynami zaraz po dwudziestej, także uwzględniająch chwilę lektury - spałem już od dziewiątej (!). Co prawda zdarzało mi się budzić w środku nocy na godzinę, lub dwie, ale przepisowe 8 godzin snu miałem wyrobione.
Nie wiadomo kiedy przyszedł weekend. W sobotę narty na Sognsvann. Zimniej niż w zeszlym tygodniu, bo bez słońca, ale mieszanka 2 warstw niebieskiego z dwoma fioletowego okazała się co najmniej trafiona! ;) Przynajmniej odrobiłem część pierogów i ptasiego mleczka...
No i chyba będzie kontrakt. Cieszę się, bo zainteresowanie wykazała dość przyzwoita wytwórnia. Jest tylko jedno 'ale' - spytali, czy jesteśmy bardzo przywiązani do nazwy... No cóż... muszę przyznać, że od samego początku mieliśmy z tego tytułu problemy i nieporozumienia, a po filmach Jacksona wszystko co związane jest z Władcą Pierścieni trąci mega kliszą, także chyba najwyższy czas, aby po dwudziestu latach rozpocząć wreszcie nowy rozdział...
Etiketter:
banał,
dygresje,
Dzienniczek - ku pamięci
Plassering:
Oslo, Norge
fredag 13. januar 2012
Choinka Zakładowa
Wpis co prawda troszkę spóźniony, ale po części celowo. Chciałem wykorzystać okazję, żeby pokazać Ewie jak obsługuje się Blogsy.
Tak więc Mikrobi zaliczyła pierwszą imprezę. Była to Choinka Zakładowa. Nie było może tak oldskulowo jak za "naszych czasów", ale pewien klimacik pozostał. Tym bardziej, że bez orkiestry i przebrań. Tradycji dotrzymał jednak "przerażający" Mikołaj.
Co by nie mówić, najważniejsze, że dzieciaki były zadowolone.
P.S. Wpis ten jest autorstwa Ewy. Ja tylko dyktowałem. Pierwsza sprawność w obsługiwaniu Blogsy zdobyta! ;)
tirsdag 3. januar 2012
Niby nic wielkiego - a cieszy ;)
Czas na nową kategorię. Niech jej będzie "Dzienniczek - ku pamięci." Czasem zdarzają się w życiu momenciki, w których nie chodzi o filizofowanie, autoterapię, czy inne tego typu nabuchane tematy, ale mimo wszystko chciałoby się je odnotować. Taki momencik miał miejsce własnie dziś. Ale od początku...
Jeszcze w ubiegłym roku (hehe ;)) przeczytałem bloga, w którym autor udowadniał jak bardzo istotne jest pozwolenie sobie na 8 godzin snu każdej doby. Sporo było przytoczonych argumentów, które znowu można włożyć do wora z oczywistymi oczywistościami, ale które to nie każdy traktuje poważnie, czy świadomie. Na przykład - brak snu jest dużo cięższy do zniesienia niż brak jedzenia, czy picia. Dlatego też nie pozwalanie ludziom zasnąć uznawane jest za jedną z najbardziej okrutnych tortur. Ciekawostka - muzycy grający w orkiestrach przygotowując świeży repertuar śpią po 10 - 12 godzin dziennie (mowa była chyba o skrzypkach). I jeszcze statystyka - 95% ludzi potrzebuje 7 - 8 godzinnego snu. Kolejne 2,5% potrzebuje spać jeszcze dłużej. Oznacza to, że tylko 2,5% ludzi zadowala się krótszym snem. Niby blahostki, ale spełniły dla mnie rolę eyeopenera. Postanowiłem więc przynajmniej starać się spać te książkowe 8 godzin dziennie, co z Mikrobim jest prawdziwym wyzwaniem ;)
Link do wspomnianego bloga (udało mi się znaleźć): Sleep is More Important than Food.
Do pracuni wstaję o 6, także usnąć powinienem ok 22. Mikrobiego kompiemy ok 21, więc szybki prysznic i w kimonko! Taki scenariusz udało nam się zrealizować wczoraj. No prawie... Właśnie usypialiśmy, kiedy to niezmiernie ważnym telefonem poczęstowała nas teściowa (pozdrowionka). Mikrobi wypadł z rytmu, a my zaraz za nim. No i jak już otworzyłem drugie oko, tak potem nie mogłem już ich tak łatwo zamknąć... Ewa zwolniła ipada, więc przejrzałem kwejka, joemonstera i wszystkie inne serwisy z debilizmami. Przypomniało mi się, że chciałem doczytać jakie możliwości ma aparat, który kupiłem Ewie 'pod choinkę'. Problem w tym, że kupiłem chyba jeden z bardziej zaawansowanych kompaktów, a w założeniu chciałem dobry, mały, zwinny aparacik, którym Ewa mogłaby dokumentować rozwój Mikrobiego. Okazało się, że na szczęście prezent może być też klasyczną debil kamerą (uff..). I jakoś tak jak już w tym temacie - po raz kolejny zacząłem grzebać wśród testów obiektywów szerokokątnych do 'mojego' aparatu. W wakacje kupiłem zmiennoogniskową Sigmę i niestety do tej pory nie jestem w stanie jej opanować :( Tym razem postanowiłem spróbować stałoogniskowego obiektywu. Ale jak na złość nie byłem w stanie znaleźć takiego, który przy cenie z zakresu amatorszczyzny dawałby fajną jakość. Testy są bezlitosne. Tym bardziej, że szukałem obiektywu (teraz uwaga - profesjonalny tekst przekopiowany z profesjonalnego serwisu) "o odwzorowaniu rektalinearnym, czyli zachowującym linie proste" (Ewa strasznie nie lubi zniekształceń jakie robi Sigma). Także poraz kolejny starałem się znaleźć idealny dla mnie kompromis. Szanse na powodzenie jednak znikome - taki Canon EF 14 mm f/2.8L USM II w listopadzie ubiegłego roku wyceniany był na ponad 8 tysi peelenów, czyli tu będzie kosztował jakieś 15 tysi noków... Jak na moją zabawę w robienie zdjęć - zdecydowanie za dużo. Tym bardziej, że sam test nie powalał na kolana... Nie tracąc nadziei szukałem dalej, i tak gdzieś przed północą znalazłem! (fuck - snu zostało mi mniej niż 6 godzin). Moim kompromisem okazał się być Samyang 14 mm f/2.8 ED AS IF UMC (co to za firma?!?) Cena całkiem rozsądna, a do tego test i jakość zdjęć całkiem obiecujące! Także po krótkim śnie i szybkim dniu w pracuni pobiegłem do sklepu i z radością znalazłem obiekt pożądania ;) W domu szybki test i muszę powiedzieć, że jest rewelacja! Przy tak słabym oświetleniu z Sigmy nigdy nie udało mi się wycisnąć takich fotek. A to dopiero początek zabawy ;)
Budowa obiektywu niestety nie pozwala na stosowanie filtrów. Nie ma też auto-fokusa. Ale umówmy się - przy takiej cenie nawet nie ma o czym mówić... ;)
No tak - teraz jak to się ma do mojego downshiftingu? ;) Taki mądrala, a ostatnie pieniądze wydał na zabawkę... No cóż - jakiś czas temu próbowałem wytłumaczyć o co cho chłopakom w pracy. Otóż są trzy kategorie rzeczy: te, których posiadanie jest niezbędne do przeżycia; te, których posiadanie sprawia przyjemnośc; te, ktorych konieczność posiadania jest nam wtłaczana przez - powiedzmy - czynniki zewnętrzne, jak reklama, presja społeczeństwa, itp. Obiektyw wrzucam do drugiej grupy. Zdecydowanie ten zakup sprawił mi duuużo przyjemności (nie tak samo było z Sigmą). Mega-wypasiony Canon za grube tysiące byłby ekstrawagancją, ale Samyang (raczej nie zapamiętam tej nazwy) nie psuje mnie chyba aż tak bardzo... ;) Co więcej - dzięki temu zakupowi powstał kolejny wpis, a nawet dorzuciłem nową kategorię! Także jakieś plusy są - czuję się usprawiedliwiony ;)
A w pracuni mieliśmy małe podsumowanie ubiegłego roku. Nawet sporo udało nam się wyprodukować. Kolejny punkt - plany na rok bieżący. Nie będzie fajnie. Nie zapowiada się przynajmniej... I punkt trzeci - szefuńcio oficjalnie oznajmił zespołowi, że odchodzę z końcem lutego. Także 57 dni and counting... ;)
Jeszcze w ubiegłym roku (hehe ;)) przeczytałem bloga, w którym autor udowadniał jak bardzo istotne jest pozwolenie sobie na 8 godzin snu każdej doby. Sporo było przytoczonych argumentów, które znowu można włożyć do wora z oczywistymi oczywistościami, ale które to nie każdy traktuje poważnie, czy świadomie. Na przykład - brak snu jest dużo cięższy do zniesienia niż brak jedzenia, czy picia. Dlatego też nie pozwalanie ludziom zasnąć uznawane jest za jedną z najbardziej okrutnych tortur. Ciekawostka - muzycy grający w orkiestrach przygotowując świeży repertuar śpią po 10 - 12 godzin dziennie (mowa była chyba o skrzypkach). I jeszcze statystyka - 95% ludzi potrzebuje 7 - 8 godzinnego snu. Kolejne 2,5% potrzebuje spać jeszcze dłużej. Oznacza to, że tylko 2,5% ludzi zadowala się krótszym snem. Niby blahostki, ale spełniły dla mnie rolę eyeopenera. Postanowiłem więc przynajmniej starać się spać te książkowe 8 godzin dziennie, co z Mikrobim jest prawdziwym wyzwaniem ;)
Link do wspomnianego bloga (udało mi się znaleźć): Sleep is More Important than Food.
Do pracuni wstaję o 6, także usnąć powinienem ok 22. Mikrobiego kompiemy ok 21, więc szybki prysznic i w kimonko! Taki scenariusz udało nam się zrealizować wczoraj. No prawie... Właśnie usypialiśmy, kiedy to niezmiernie ważnym telefonem poczęstowała nas teściowa (pozdrowionka). Mikrobi wypadł z rytmu, a my zaraz za nim. No i jak już otworzyłem drugie oko, tak potem nie mogłem już ich tak łatwo zamknąć... Ewa zwolniła ipada, więc przejrzałem kwejka, joemonstera i wszystkie inne serwisy z debilizmami. Przypomniało mi się, że chciałem doczytać jakie możliwości ma aparat, który kupiłem Ewie 'pod choinkę'. Problem w tym, że kupiłem chyba jeden z bardziej zaawansowanych kompaktów, a w założeniu chciałem dobry, mały, zwinny aparacik, którym Ewa mogłaby dokumentować rozwój Mikrobiego. Okazało się, że na szczęście prezent może być też klasyczną debil kamerą (uff..). I jakoś tak jak już w tym temacie - po raz kolejny zacząłem grzebać wśród testów obiektywów szerokokątnych do 'mojego' aparatu. W wakacje kupiłem zmiennoogniskową Sigmę i niestety do tej pory nie jestem w stanie jej opanować :( Tym razem postanowiłem spróbować stałoogniskowego obiektywu. Ale jak na złość nie byłem w stanie znaleźć takiego, który przy cenie z zakresu amatorszczyzny dawałby fajną jakość. Testy są bezlitosne. Tym bardziej, że szukałem obiektywu (teraz uwaga - profesjonalny tekst przekopiowany z profesjonalnego serwisu) "o odwzorowaniu rektalinearnym, czyli zachowującym linie proste" (Ewa strasznie nie lubi zniekształceń jakie robi Sigma). Także poraz kolejny starałem się znaleźć idealny dla mnie kompromis. Szanse na powodzenie jednak znikome - taki Canon EF 14 mm f/2.8L USM II w listopadzie ubiegłego roku wyceniany był na ponad 8 tysi peelenów, czyli tu będzie kosztował jakieś 15 tysi noków... Jak na moją zabawę w robienie zdjęć - zdecydowanie za dużo. Tym bardziej, że sam test nie powalał na kolana... Nie tracąc nadziei szukałem dalej, i tak gdzieś przed północą znalazłem! (fuck - snu zostało mi mniej niż 6 godzin). Moim kompromisem okazał się być Samyang 14 mm f/2.8 ED AS IF UMC (co to za firma?!?) Cena całkiem rozsądna, a do tego test i jakość zdjęć całkiem obiecujące! Także po krótkim śnie i szybkim dniu w pracuni pobiegłem do sklepu i z radością znalazłem obiekt pożądania ;) W domu szybki test i muszę powiedzieć, że jest rewelacja! Przy tak słabym oświetleniu z Sigmy nigdy nie udało mi się wycisnąć takich fotek. A to dopiero początek zabawy ;)
Budowa obiektywu niestety nie pozwala na stosowanie filtrów. Nie ma też auto-fokusa. Ale umówmy się - przy takiej cenie nawet nie ma o czym mówić... ;)
No tak - teraz jak to się ma do mojego downshiftingu? ;) Taki mądrala, a ostatnie pieniądze wydał na zabawkę... No cóż - jakiś czas temu próbowałem wytłumaczyć o co cho chłopakom w pracy. Otóż są trzy kategorie rzeczy: te, których posiadanie jest niezbędne do przeżycia; te, których posiadanie sprawia przyjemnośc; te, ktorych konieczność posiadania jest nam wtłaczana przez - powiedzmy - czynniki zewnętrzne, jak reklama, presja społeczeństwa, itp. Obiektyw wrzucam do drugiej grupy. Zdecydowanie ten zakup sprawił mi duuużo przyjemności (nie tak samo było z Sigmą). Mega-wypasiony Canon za grube tysiące byłby ekstrawagancją, ale Samyang (raczej nie zapamiętam tej nazwy) nie psuje mnie chyba aż tak bardzo... ;) Co więcej - dzięki temu zakupowi powstał kolejny wpis, a nawet dorzuciłem nową kategorię! Także jakieś plusy są - czuję się usprawiedliwiony ;)
A w pracuni mieliśmy małe podsumowanie ubiegłego roku. Nawet sporo udało nam się wyprodukować. Kolejny punkt - plany na rok bieżący. Nie będzie fajnie. Nie zapowiada się przynajmniej... I punkt trzeci - szefuńcio oficjalnie oznajmił zespołowi, że odchodzę z końcem lutego. Także 57 dni and counting... ;)
Etiketter:
banał,
dygresje,
Dzienniczek - ku pamięci
Plassering:
Oslo, Norge
mandag 12. desember 2011
Pierwszy miesiąc Małej Mi.
Młoda skończyła pierwszy miesiąc. I tak nie ma czasu na refleksję... Warte odnotowania – miałem najdłuższy od 14 lat urlop. Całe 3 tygodnie. Upłynął jak jeden dzień. Dla kontrastu – przez ubiegły tydzień w pracy czułem się jakby czas wręcz się cofał. I nie mogę powiedzieć, żebym się nudził...
Mikrobi jest coraz bardziej interaktywny. Co prawda nadal uśmiechy rozdaje dość przypadkowo i to prawdopodobnie reagując raczej na puszczenie bąka a nie dla tego, że słyszy mój głos. Niemniej – uśmiechy są. Ogromny skok rozwojowy! ;)
Chciałem Młodej sprawić jakiś upominek, ale nic na siłę. (downshifting! downshifting!) Witryny po drodze z pracy do domu nie podpowiedziały nic rosądnego. Poczekamy zatem na choinkę...
W odniesieniu do poprzedniego wpisu – znalazłem całkiem 'na temat' publikację. Co prawda trochę w innym kontekście („Why I hire people who fail.”), ale poruszająca dokładnie to samo zagadnienie. Fragment warty przytoczenia:
„Jeżeli od czasu do czasu nie popełniasz błędów oznacza to, że prawdopodobnie się nie rowijasz. Pomyłki poprzedzają zarówno innowację, jak i sukces. Ważnym jest więc celebrowanie pomyłek jako centralnego elementu w każdej z kultur.”
Muszę przyznać, że chociaż chodziło mi z grubsza o to samo, to nie udało mi się raczej zachować tej samej lekkości wpisu. Za dużo frustracji? No cóż – załóżmy, że poprzedni wpis w pewnym stopniu był porażką na polu formułowania myśli i przelewania ich na cyfrowy papier. Teraz tylko wyciągać wnioski i zapamiętać lekcję ;) Jeszcze jedno fajne zdanie:
„W naszych biurach nie poprzestajemy na promowaniu podejmowania ryzyka – my wymagamy porażek.”
Tak więc z porażką trzeba się po prostu zaprzyjaźnić. Zaakceptować ja i przede wszystkim przestać demonizować. Każda porażkę da się przekuć na pozytywne doświadczenie. Kwestia percepcji... ;)
Mikrobi jest coraz bardziej interaktywny. Co prawda nadal uśmiechy rozdaje dość przypadkowo i to prawdopodobnie reagując raczej na puszczenie bąka a nie dla tego, że słyszy mój głos. Niemniej – uśmiechy są. Ogromny skok rozwojowy! ;)
Chciałem Młodej sprawić jakiś upominek, ale nic na siłę. (downshifting! downshifting!) Witryny po drodze z pracy do domu nie podpowiedziały nic rosądnego. Poczekamy zatem na choinkę...
W odniesieniu do poprzedniego wpisu – znalazłem całkiem 'na temat' publikację. Co prawda trochę w innym kontekście („Why I hire people who fail.”), ale poruszająca dokładnie to samo zagadnienie. Fragment warty przytoczenia:
„Jeżeli od czasu do czasu nie popełniasz błędów oznacza to, że prawdopodobnie się nie rowijasz. Pomyłki poprzedzają zarówno innowację, jak i sukces. Ważnym jest więc celebrowanie pomyłek jako centralnego elementu w każdej z kultur.”
Muszę przyznać, że chociaż chodziło mi z grubsza o to samo, to nie udało mi się raczej zachować tej samej lekkości wpisu. Za dużo frustracji? No cóż – załóżmy, że poprzedni wpis w pewnym stopniu był porażką na polu formułowania myśli i przelewania ich na cyfrowy papier. Teraz tylko wyciągać wnioski i zapamiętać lekcję ;) Jeszcze jedno fajne zdanie:
„W naszych biurach nie poprzestajemy na promowaniu podejmowania ryzyka – my wymagamy porażek.”
Tak więc z porażką trzeba się po prostu zaprzyjaźnić. Zaakceptować ja i przede wszystkim przestać demonizować. Każda porażkę da się przekuć na pozytywne doświadczenie. Kwestia percepcji... ;)
Etiketter:
banał,
dygresje,
filozofowanie
Plassering:
Oslo, Norge
søndag 4. desember 2011
Downshifting by example.
Miało być na temat mojej definicji downshiftingu. Ale nie będzie. Będzie wpis, który logicznie powinien pojawić się dopiero po zdefiniowaniu pojęcia, bo do niego bezpośrednio nawiązuje. Ale kolejność jak widać też może być wywrócona do góry kołami. A co - mój blog!
Z drugiej strony może nie do końca taka z tego profanacja. Bo przecież zamiast poświęcać jeden, spójny i zamknięty wpis definicji downshiftingu - mogę spróbować stworzyć taką definicję na przestrzeni wielu wpisów. Definicja nie musi też być teoretycznym wywodem. W zamian mogę ją oprzeć na przykładach, które moim zdaniem wpisują się w moje pojęcie downshiftingu. I taki też przykład dziś.
Bez względu na to jak bardzo mieszane uczucia mam w stosunku do Fenriza - zawsze będę darzył go wielkim szacunkiem za niewymierny zastrzyk doznań jakie mu zawdzięczam jako jednemu z praojców Norweskiego Black Metalu.W sumie już samo przejście Darkthrone od szwedzkiego death było czystą formą downshiftingu. Po wyśmienitym technicznie i klimatycznie 'Soulside Journey' w Peaceville nie uwierzyli Nocturno Culto, że o to przywiózł im nowy materiał Darkthrone - 'A Blaze in the Nothern Sky'. Regresja techniczna, brzmieniowa i kompozycyjna w takiej skali nie miała chyba precendensu.
Ileś lat później Fenriz zapytany o swojego idola jeżeli chodzi o perkusję - bez wahania wymienia Phila 'Philty Animal' Taylora z Motorhead, ze względu na jego nichlujną i często nierówną grę. Mijają kolejne lata, w wiodącą pozycję Darkthrone nikt nie śmie wątpić i nagle w 2006 roku wychodzi 'The Cult is Alive', którym Fenriz wycina numer całemu BM-światkowi zwracając się w strone punk / crust punk.
Dla czego są to dla mnie przyklady downshiftingu? Wszystkie te ruchy byly przede wszystkim szczere. Swiadczą też o ciągłej opozycji Fenriza wobec współczesnym trendom. Tych przykładów znalazłbym dużo więcej śledząc poczynania Fenriza. Co jeszcze jest ważne - Fenriz pokazał, że nie chodzi o techniczne umiejętności, gładkie brzmienie i generalnie - dążenie do powszechnie rozumianej doskonalości. Dla niego doskonałością właśnie jest niechlujna i nierówna gra Plugawego Zwierzaka ;) Wbrew pozorom nie oznacza to jednak pójścia na łatwiznę i porzucenia jakiegokolwiek rozwoju. Podążanie ścieżką regresji również wymaga pracy, wysiłku i wyrzeczeń. Czasem może być ona nawet bardziej zawiła i niedostepna niż ścieżka szkolnej perfekcji. Jaka jest zatem różnica? Wydaje mi się, że szczerość wobec samego siebie. Efekt końcowy powinien szczerze zadowalać samego twórcę, a nie opinię publiczną i społeczeństwo skażone komercjalizmem i 'konwenansami'. Dość dobrze podsumowuje to złota myśl: 'You were born an original. Don't die a copy.' Może to jest właśnie istota downshiftingu? W każdym razie moim zdaniem nie jest to wcale takie łatwe...
Z drugiej strony może nie do końca taka z tego profanacja. Bo przecież zamiast poświęcać jeden, spójny i zamknięty wpis definicji downshiftingu - mogę spróbować stworzyć taką definicję na przestrzeni wielu wpisów. Definicja nie musi też być teoretycznym wywodem. W zamian mogę ją oprzeć na przykładach, które moim zdaniem wpisują się w moje pojęcie downshiftingu. I taki też przykład dziś.
Bez względu na to jak bardzo mieszane uczucia mam w stosunku do Fenriza - zawsze będę darzył go wielkim szacunkiem za niewymierny zastrzyk doznań jakie mu zawdzięczam jako jednemu z praojców Norweskiego Black Metalu.W sumie już samo przejście Darkthrone od szwedzkiego death było czystą formą downshiftingu. Po wyśmienitym technicznie i klimatycznie 'Soulside Journey' w Peaceville nie uwierzyli Nocturno Culto, że o to przywiózł im nowy materiał Darkthrone - 'A Blaze in the Nothern Sky'. Regresja techniczna, brzmieniowa i kompozycyjna w takiej skali nie miała chyba precendensu.
Ileś lat później Fenriz zapytany o swojego idola jeżeli chodzi o perkusję - bez wahania wymienia Phila 'Philty Animal' Taylora z Motorhead, ze względu na jego nichlujną i często nierówną grę. Mijają kolejne lata, w wiodącą pozycję Darkthrone nikt nie śmie wątpić i nagle w 2006 roku wychodzi 'The Cult is Alive', którym Fenriz wycina numer całemu BM-światkowi zwracając się w strone punk / crust punk.
Dla czego są to dla mnie przyklady downshiftingu? Wszystkie te ruchy byly przede wszystkim szczere. Swiadczą też o ciągłej opozycji Fenriza wobec współczesnym trendom. Tych przykładów znalazłbym dużo więcej śledząc poczynania Fenriza. Co jeszcze jest ważne - Fenriz pokazał, że nie chodzi o techniczne umiejętności, gładkie brzmienie i generalnie - dążenie do powszechnie rozumianej doskonalości. Dla niego doskonałością właśnie jest niechlujna i nierówna gra Plugawego Zwierzaka ;) Wbrew pozorom nie oznacza to jednak pójścia na łatwiznę i porzucenia jakiegokolwiek rozwoju. Podążanie ścieżką regresji również wymaga pracy, wysiłku i wyrzeczeń. Czasem może być ona nawet bardziej zawiła i niedostepna niż ścieżka szkolnej perfekcji. Jaka jest zatem różnica? Wydaje mi się, że szczerość wobec samego siebie. Efekt końcowy powinien szczerze zadowalać samego twórcę, a nie opinię publiczną i społeczeństwo skażone komercjalizmem i 'konwenansami'. Dość dobrze podsumowuje to złota myśl: 'You were born an original. Don't die a copy.' Może to jest właśnie istota downshiftingu? W każdym razie moim zdaniem nie jest to wcale takie łatwe...
fredag 2. desember 2011
Autor -> dzieło -> właściciel.
Wspomniałem o downshiftingu w moim wydaniu. Żeby nie było to puste pojęcie – warto spróbować je zdefiniować. I tu miejsce na dygresję...
Jakiś czas temu czytałem wywiad z niejakim Vicotnikiem, mózgiem Dødheimsgard a.k.a. DHG. Wywiad – jak to wywiad z muzykiem i kompozytorem. W sumie nic szczególnego, co wyróżniało by go spośród tysięcy mu podobnych. Z całości zapadła mi jednak w pamięć wypowiedź Vikotnika, w której ustosunkował się on do własnej twórczości. Otóż, jako autor, uważa się on właścicielem tworzonej przez siebie muzyki tylko do momentu publikacji. Od tej chwili „dzieło” automatycznie staje się własnością odbiorcy. Proste? Kolejna oczywista oczywistość, której jednak nie bylem zasze świadomy... ;) Ale taka jest przecież rzeczywistość. Co kogo obchodzi ‘co autor miał na myśli?’ Ważne są odbiór i interpretacja. Może dla tego tak wielu twórców docenianych jet dopiero po śmierci .. ;) I dotyczy to właściwie każdej formy twórczości. Idąc dalej – każdej myśli i idei. Przecież to właśnie różnice w interpretacji przekazu są źródłem problemów komunikacyjnych.
Pamiętam jedną z moich ‘eurek’, kiedy to uświadomiłem sobie, że idea ma szansę być szczerą i prawdziwą tylko wtedy, jeżeli należy do mniejszości. Im więcej zwolenników danej idei – tym więcej interpretacji, które zaczynaja coraz mocniej odbiegać od siebie i od właściwego sedna samej idei.
I oto otwarte drzwi zostały wyważone po raz kolejny... Jak po nitce do kłębka, tak po ciągu rozważań dotarłem do Platona, który powyższe dylematy dokładnie przemyślał, przedyskutował i zapiął w definicji idealizmu ontologicznego prawie 2500 lat temu... Trochę to deprymujące, ale widać na tym życie polega, że w pewnych kwestiach człowiek musi być ślusarzem, zamiast po prostu nacisnąć klamkę ;)
Dobra – czas zamknąć dygresję. W którymś z nastepnych wpisow wcielę się w ucznia Demiurga i postaram się uformować własną definicję downshiftingu. Nie będzie to definicja idealna. Będzie mocno zanieczyszczona moją subiektywną interpretacją. Co więcej – może się ona niejednokrotnie zmienić w czasie...
Abonner på:
Innlegg (Atom)


