Viser innlegg med etiketten filozofowanie. Vis alle innlegg
Viser innlegg med etiketten filozofowanie. Vis alle innlegg

fredag 24. februar 2012

Toż to już niemal rezydencja ;)

Według dni tygodnia w miesiącu dziś mija 3 lata od naszej pierwszej wizyty w Oslo. Ostatni piątek lutego 2009 roku przypadał na 27 dzień miesiąca, także kalendarzowo w tym roku rocznica będzie w poniedziałek.
Było zdecydowanie zimniej a ulice i chodniki opanowane były przez śnieżne zaspy, ale fakt, że tegoroczna zima obchodzi się z Ośleńczykami dość łagodnie. Co jeszcze pamiętam? Przepiękne sople zwisające z domów wzdłuż Gyldenløves gate, wytarte kolana w Vikingskipshuset i przede wszystkim kompletny brak stresu w trakcie rozmowy o pracę. Było to dla mnie dość nowe i nieoczekiwane doświadczenie... Pamiętam też, że było zdecydowanie drożej i że piwo przegryzane Smashami smakowało niczym nektar i ambrozja ;) Był też bolący kręgosłup Ewy i chęć zobaczenia latem rzeźb na moście Ankerbrua. No i legendarne problemy z zamówieniem po norwesku herbaty w Ett Glass... Był to też punkt kulminacyjny rewolucji jaką zafundowaliśmy sobie z Ewą. Podsumowanie dotychczasowych rezultatów zostawię sobie na maj.


Z pozostałych aktualności - po niemal trzech latach zmieniam pracę. Pracodawca ten sam, ale definitywnie rozstaje się z exHuginem. Trochę szkoda, ale może być tylko lepiej. Więcej o tym może w innym wpisie.

Odwiedziła nas też moja mama. Bardzo chciała zobaczyć Wandę, a ja bardzo chciałem, żeby tu znów przyjechała. Jak celnie zauważyła Ola - miało miejsce chwilowe zagęszczenie trzech pokoleń kobiet rodu 'Z' ;)


Ciekawe tylko, że dwie z nich z tym nazwiskiem się nie urodziły, a trzeciej życzę, aby w rozsądnym czasie przynajmniej je uzupełniła ;) Babcia i wnuczka dogadywały się doskonale, dzięki czemu Ewa znowu mogła trochę odsapnąć.


Ale - jak to mówią - co dobre, szybko się kończy. Tydzień zleciał błyskawicznie i Babcia jest już z powrotem u siebie.


Tym samym zakończyliśmy tymczasowo sezon podejmowania gości. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Z najbliższą wizytą to my się będziemy udawać. Co przypomniało mi o kolejnym newsie - już czekamy na paszport dla Puchałkę. Tym razem wizyta w konsulacie zakończyła się pełnym sukcesem. Co prawda w drodze powrotnej Puchałkę urządziła nam koncert - niespodziankę, ale udało nam się jakoś wyprowadzić ten dzień na plus w ostatecznym rozrachunku. Szalę pomogła przeważyć słoneczna pogoda. Wiosna wisi w powietrzu...

torsdag 2. februar 2012

The Grand Manifesto

Tak więc kolejny spacer pomógł mi poskładać myśli...


Koncepcja, na której oparty jest mój Pandemonium Carnival zainspirowana jest popularnymi na przełomie XIX i XX wieku objazdowymi teatrami osobliwości, a szczególnie ich mroczną stroną, natrętnie podpowiadaną przez fantazję... Istotą przedstawienia były tam ekshibicjonistycznie eksponowane ułomności i anomalie, które w codziennej rzeczywistości w większości przypadków nie spotykały akceptacji u lokalnych społeczności. Coś, co budziło odrazę na codzień, rodziło chorą fascynację gdy ciekawość można zaspokoić w ramach usługi – płacąc za bilet wstępu do pawilonu przysłowiowej kobiety z brodą.
Dla samych ‘eksponatów’ teatr był z kolei azylem na miarę Barkerowskiego Midian. Tu wyznacznikiem normalności jest właśnie jej brak.

Jako kompozytor i wykonawca wcielam się w prowadzącego Pandemonium Carnival. Tworzona przeze mnie muzyka stanowić ma tło – środowisko przedstawień, gdzie bohaterami będą tekściarze / wokaliści, których uda mi się namówić do współpracy. Niczym nikczemny Mr. Dark z powieści „Something Wicked This Way Comes” noszący tatuaż symbolizujący każdą, zwerbowaną osobę, zamierzam stworzyć własną kolekcję, której unikatowe pozycje stanowić będą poczynione wspólnie nagrania.

Naturalną koleją rzeczy kolekcję zainauguruje P.W. Będzie to zarazem zakończenie 20 letniego etapu działalności pod szyldem

torsdag 29. desember 2011

Pierwsze Słowiańskie Prawo brzmi: "Nie biegnę!"

Właśnie końcowi dobiegają the Best Święta Ever! Teoretycznie nic nie zapowiadało, ażeby te miały być w czym kolwiek lepsze. Inne - to na pewno! Ale lepsze? Właściwie, to wręcz przeciwnie! Mroźna Północ zawiodła w kwestii śniegu. Kotwiczka Wanda nie pozwoliła Ewie rzucić się w wir komercjalizmu, który zazwyczaj jest jedną z głównych atrakcji (świąteczne witryny wprowadzające w nastrój już od końca października). A przez internet to nie to samo... I nawet mandarynkami się nie mogliśmy poobżerać... Także teoretycznie powinno być dość szaro. Wyszło jednak zgoła odmiennie! Cały czas zastanawiam się nad istotą tego fenomenu. Jak nauczyć się tego zaklęcia tak, żeby móc oczarowywać każdy, nowy dzień? Jak na razie doszedłem do dwóch wniosków.

Po pierwsze - po raz kolejny przekonałem się jak wiele jesteśmy w sranie wyczarować z Ewą we dwoje. W ciągu tych wszystkich lat spędzonych razem do tej pory zawsze współdzieliliśmy troski i radości - nierzadko wręcz do porzygania. I to działa. Dla nas to działa. Wiem, że razem jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko, co nam się tylko zamarzy! Kocham Cię Kochanie :* Tym bardziej, że MusBor został zasilony Wandalkiem ;) Czuję, że w tej konfiguracji nic nas nie powstrzyma ;)

Po drugie - muszę wyhamować. Nauczyć się spacerować. Przestać gonić w wyścigu z samym sobą (?) To moja kolejna "eureka". Od kiedy pamiętam - biegnę! Cały dzień - od samego rana. Start! Śniadanie, golenie, buty i już po 30 minutach od opuszczenia łóżka spocony czytam maile w pracy. Kolejne 8 godzin - szybciutko! Wtłoczone poczucie obowiązku nie pozwala mi na prywatę. Czasem denerwuje każdy kolejny, migający komunikator. Praca, praca, trzeba zamykać taski! I wreszcie jest - 8 godzin wyrobione! Ha det i biegiem do domciu! Zakupy trzeba zrobić po drodze? Cholera - to mi spieprzy wynik! Ufff ... już w domu ... zdążyłem ... Czy wygrałem? Nie wiem. To nie ważne. Ważne, że jutro też trzeba się ścigać, a 'dziś' można uznać za zamknięte. Który dziś? Szesnasty? No dobrze - byle do pietnastego...

Zapamiętałem wywiad z Tymochowiczem. Powiedział w nim, że wdzięczny jest swoim rodzicom za to, że nauczyli go żyć 'teraz'. Zazwyczaj młodzi ludzie żyją przyszłością: za 5 lat skończę studia, za 3 lata zdobędę uprawnienia, za 15 lat spłacę kredyt, za 6 lat mała idzie do szkoły i wtedy... No właśnie - co wtedy? Nastąpi magiczny moment, w którym poczujemy się spełnieni? Nirwana? Raczej nie... Albo pojawią się kolejne punkty w przyszłości odmierzające rytm życia, albo zaczyna się żyć przeszłością: pamiętasz te wczasy w Bułgarii? To były czasy... W tym schemacie nie ma czasu na życie 'teraz'. Pamiętam ten wywiad już od dawna, a jeszcze się tego nie nauczyłem... Muszę zwolnić! Pójść do pracy spacerem! Inną drogą! W pracy - znaleźć czas na telefon do kumpla. Po drodze zajrzeć do nowej piekarni.


Tak właśnie było w te święta. I chyba dla tego były tak zajebiste!



mandag 12. desember 2011

Pierwszy miesiąc Małej Mi.

Młoda skończyła pierwszy miesiąc. I tak nie ma czasu na refleksję... Warte odnotowania – miałem najdłuższy od 14 lat urlop. Całe 3 tygodnie. Upłynął jak jeden dzień. Dla kontrastu – przez ubiegły tydzień w pracy czułem się jakby czas wręcz się cofał. I nie mogę powiedzieć, żebym się nudził...
Mikrobi jest coraz bardziej interaktywny. Co prawda nadal uśmiechy rozdaje dość przypadkowo i to prawdopodobnie reagując raczej na puszczenie bąka a nie dla tego, że słyszy mój głos. Niemniej – uśmiechy są. Ogromny skok rozwojowy! ;)
Chciałem Młodej sprawić jakiś upominek, ale nic na siłę. (downshifting! downshifting!) Witryny po drodze z pracy do domu nie podpowiedziały nic rosądnego. Poczekamy zatem na choinkę...

W odniesieniu do poprzedniego wpisu – znalazłem całkiem 'na temat' publikację. Co prawda trochę w innym kontekście („Why I hire people who fail.”), ale poruszająca dokładnie to samo zagadnienie. Fragment warty przytoczenia:
„Jeżeli od czasu do czasu nie popełniasz błędów oznacza to, że prawdopodobnie się nie rowijasz. Pomyłki poprzedzają zarówno innowację, jak i sukces. Ważnym jest więc celebrowanie pomyłek jako centralnego elementu w każdej z kultur.”
Muszę przyznać, że chociaż chodziło mi z grubsza o to samo, to nie udało mi się raczej zachować tej samej lekkości wpisu. Za dużo frustracji? No cóż – załóżmy, że poprzedni wpis w pewnym stopniu był porażką na polu formułowania myśli i przelewania ich na cyfrowy papier. Teraz tylko wyciągać wnioski i zapamiętać lekcję ;) Jeszcze jedno fajne zdanie:
„W naszych biurach nie poprzestajemy na promowaniu podejmowania ryzyka – my wymagamy porażek.”
Tak więc z porażką trzeba się po prostu zaprzyjaźnić. Zaakceptować ja i przede wszystkim przestać demonizować. Każda porażkę da się przekuć na pozytywne doświadczenie. Kwestia percepcji... ;)

fredag 9. desember 2011

Nie chcę być idealny!

Tak - nie chcę być idealny! Uświadomiłem sobie właśnie, że jest to jeden z moich ważniejszych manifestów. Jest to również jeden z fundamentów mojej wizji downshiftingu.
Zawsze byłem pełen empatii. Mając świadomość własnych słabości zawsze byłem daleki od krytykowania innych. Przynajmniej staram się być... Często jest to powodem drobnych sprzeczek z Ewą, która zarzuca mi, że odbieram jej niejako prawo do bycia z czegoś / kogoś niezadowoloną. A to nie jest tak. Ja po prostu staram się zobaczyć człowieka po tej 'drugiej' stronie. Człowieka z jego historią i nastrojem w danej chwili. Oczywiście nie zawsze mi to wychodzi. Nadal jestem pełen uprzedzeń i mam nadzieję, że z czasem dojrzeję na tyle, żeby się z nimi zmierzyć.
Podobnie jest z plotami (które uwielbiam!). Przed osądzeniem sytuacji zawsze staram się uchwycić szerszy kontekst. Pamiętać o tym, że dane mi było uslyszeć tylko fragment relacji za jakiegoś wydarzenia, a właściwie czyjejś interpretacji tego co się stało. Często okazuje się, że zasłyszana sytuacja, a właściwie jej obraz zbudowany na podstawie ploty, nabiera zupełnie innego znaczenia po poznaniu jednego szczegółu więcej.
Nie lubię zatem ludzi, którzy zawsze mają pełno historii o wszelkiej maści debilach, którzy ich otaczają. Wszędzie. W pracy. W urzędzie. W autobusie. Poniżyć kogoś, żeby wywyższyć siebie. Pielęgnacja własnego ZPZ (Zajebistego Poczucia Zajebistości). Nie lubię, bo jestem świadomy błędów, które sam popełniam (strasznie to nieamerykańskie - ot, niska samoocena wychodzi). Kieruje mną bardzo prosta logika. Nie lubię, gdy inni wykorzystują moje potknięcia, żeby mnie upokorzyć. Nie lubię też robić drugiemu, co mi jest niemiłe. Cała filozofia...
Takie zachowania pogłębiają jeszcze frustrację. Ludzie czują coraz większą presję, żeby być idealnymi. Mają świadomość, że najdrobniejsze potknięcie będzie przez kolejne dni, miesiące, lata bohaterem plot przy kawie. Czasem wiaderko zimnej wody jest jeszcze szybsze i bezpośrednie. Po łapkach można dostać od razu ('mówi się TĘĘĘCZA'). Na szęście stres wyścigu szczurów można wyładować potem w internecie zjeżdżając sukienkę Kasi Cichopek.
Kurde - Veto! Nie zgadzam się! Będę mówił TENCZA. Czasem warto skupić się na treści, a formę po prostu olać! Przecież chodzi o komunikację. Tą związaną z przedmiotem rozmowy. I tą ukrytą też. Tą, którą dajemy przekaz co myślimy o sobie nawzajem i ile mamy dla siebie zrozumienia i szacunku.
Tak więc od dziś ćwiczę downshifting przez akceptację własnej niedoskonałości. Nie oznzcza to, że porzucam chęć jakigokolwiek rozwoju. Wręcz przeciwnie! Chodzi raczej o to, że chcę świadomie wybierać dziedziny, które to naprawdę JA chcę zgłębiać i poznawać je w MOIM tępie.

fredag 2. desember 2011

Autor -> dzieło -> właściciel.

Wspomniałem o downshiftingu w moim wydaniu. Żeby nie było to puste pojęcie – warto spróbować je zdefiniować. I tu miejsce na dygresję...
Jakiś czas temu czytałem wywiad z niejakim Vicotnikiem, mózgiem Dødheimsgard a.k.a. DHG. Wywiad – jak to wywiad z muzykiem i kompozytorem. W sumie nic szczególnego, co wyróżniało by go spośród tysięcy mu podobnych. Z całości zapadła mi jednak w pamięć wypowiedź Vikotnika, w której ustosunkował się on do własnej twórczości. Otóż, jako autor, uważa się on właścicielem tworzonej przez siebie muzyki tylko do momentu publikacji. Od tej chwili „dzieło” automatycznie staje się własnością odbiorcy. Proste? Kolejna oczywista oczywistość, której jednak nie bylem zasze świadomy... ;) Ale taka jest przecież rzeczywistość. Co kogo obchodzi ‘co autor miał na myśli?’ Ważne są odbiór i interpretacja. Może dla tego tak wielu twórców docenianych jet dopiero po śmierci .. ;) I dotyczy to właściwie każdej formy twórczości. Idąc dalej – każdej myśli i idei. Przecież to właśnie różnice w interpretacji przekazu są źródłem problemów komunikacyjnych.
Pamiętam jedną z moich ‘eurek’, kiedy to uświadomiłem sobie, że idea ma szansę być szczerą i prawdziwą tylko wtedy, jeżeli należy do mniejszości. Im więcej zwolenników danej idei – tym więcej interpretacji, które zaczynaja coraz mocniej odbiegać od siebie i od właściwego sedna samej idei.
I oto otwarte drzwi zostały wyważone po raz kolejny... Jak po nitce do kłębka, tak po ciągu rozważań dotarłem do Platona, który powyższe dylematy dokładnie przemyślał, przedyskutował i zapiął w definicji idealizmu ontologicznego prawie 2500 lat temu...  Trochę to deprymujące, ale widać na tym życie polega, że w pewnych kwestiach człowiek musi być ślusarzem, zamiast po prostu nacisnąć klamkę ;)
Dobra – czas zamknąć dygresję. W którymś z nastepnych wpisow wcielę się w ucznia Demiurga i postaram się uformować własną definicję downshiftingu. Nie będzie to definicja idealna. Będzie mocno zanieczyszczona moją subiektywną interpretacją. Co więcej – może się ona niejednokrotnie zmienić w czasie...